Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Ś M I E R Ć
A ja myślę nadal, że o śmierci decyduje Bóg. Według mnie żyjemy tak długo, aż zrealizujemy dane nam powołanie. Kiedy już On stwierdzi, że nasze zadanie zostało wykonane, to w jakiś sposób zabiera nas do siebie; zazwyczaj jest to jakaś nieuleczalna choroba czy wypadek. No chyba, że dana osoba musi załatwić jakieś sprawy na Ziemi, nie czuje się gotowa na odejście i koniecznie chce wrócić. Wtedy dostaje „zezwolenie”. Myślę otrzymuje się je np. wychodząc ze śmierci klinicznej.
Myślę, że śmierć jest jedynie przejściem z jednego życia do drugiego. W czyściec osobiście nie wierze. Jakoś tak, takie wewnętrzne przekonanie. Do piekła też rzadko kto idzie – bo przecież każdy ma w sobie cos dobrego, sumienie, które nie pozwala zapomnieć o złych czynach. Także większość ludzi idzie do nieba, a skoro tam idą to śmierć chyba nie jest taka straszna. Zastanawiam się, czy może być ona potraktowana jako nagroda? Wszystko jest wspaniałe, idealne, ale przecież śmierć nie może być powodem do radości!
Dlaczego niektórzy ludzie przed śmiercią cierpią (np. nieuleczalnie chorzy)? Dlaczego nie mogą odejść spokojnie? Po prostu zasnąć? Albo przy wypadku, dlaczego nie umierają na miejscu, tylko w szpitalu przeżywają męki i umierają, albo zostają niepełnosprawnymi? Czy to ma nas czegoś nauczyć? Czy to chodzi o to, by rodzina i znajomi tej osoby cierpiącej zbliżyli się do siebie w jakiś sposób, by się wspierali, pomagali sobie, a przede wszystkim tej cierpiącej osobie?
A co jeśli bliska nam osoba umiera, jest podłączona do aparatury, z ledwością się porusza, czy mówi? Ten widok wcale nie pomaga! Kiedy liczą się każde godziny, sekundy, nie da się być opanowanym, spokojnym: wybuchamy płaczem, jesteśmy przygnębieni, a przecież ta osoba jeszcze jest, nie odeszła… Ale czy da się spokojnie patrzeć na cierpienie drugiego człowieka?! I to jeszcze gdy zdajemy sobie sprawę z naszej bezradności, kiedy pozostaje tylko nadzieja na wyzdrowienie? Pokłada się wszystkie nadzieje. W takich momentach przypomina się o Bogu, wiele godzin poświęca się na modlitwy. W takiej chwili nie liczy się nic poza tą osoba: rzuca się pracę i wszystkie obowiązki… Jeśli wszystko zakończy się happy endem, to może i to ma jakiś sens: taka sytuacja zwróci uwagę na to, że w życiu liczy się każda chwila, ze życie jest cenne, że trzeba kochać ludzi i im to okazywać. Zmieni się nasz system wartości.
A co jeśli to wszystko na darmo, ze ten ktoś i tak odejdzie? Trudniej się wtedy pogodzić z tą myślą ze kogoś już nie ma. To są przecież tragiczne chwile. Depresja. Wali się wszystko na raz. Ciężko znaleźć coś pozytywnego w życiu. Czy to jest naprawdę takie potrzebne, żeby zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo dany człowiek był nam potrzebny? Po co to?
A czy jest jakieś pocieszenie? Przecież nie można powiedzieć „widocznie Bóg miał taki plan”, to nie pocieszy. Nie można powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, bo jeśli ktoś zniknie z naszego życia to wcale lepiej nie będzie.
nie-pytaj-kto 3/10/2007 20:25:54 [
Powrót]
Komentuj
Przeglądałam pobieżnie Twojego bloga.Widzę,że tak jak i ja dużo myślisz nad życiem.Pozdrawiam.E.
Esthera 21/03/2008 14:33:46
| brak www IP: 81.18.212.236
Wiesz, może trafiłam tu przypadkiem, ale i ja od śmierci matki bezustannie zadaje sobie te same pytania ? Oczywiście to tylko pytania... Odpowiedzi znikąd , no chyba że z własnej głowy.. a może nie z głowy ? Kto wie, może "głos" który słyszę nie jest moim ? Nigdy się tego nie dowiemy , a pokonać strach przed odejściem na zawsze , jest trudno. Kto powiedział , że jest niebo, piekło itd. To są opowieści z lat dziecinnych o jakich powiedzieli nam nasi bliscy
awika 11/11/2007 01:22:03
| brak www IP: 79.184.252.1
| Lay&html by
Tenshi Powered By
blog4u